18 kwietnia 2017

Sześć

Ja wiem, że "trochę" mnie tu nie było, ale ani matura, ani wena nie wybierają. Jednak wena do mnie wraca, a za miesiąc będę już po maturach, więc możecie się spodziewać przypływu rozdziałów (mam nadzieję, że dłuższych :P). Nie żebym w zeszłe wakacje nie mówiła sobie tak samo, ale w tym roku może faktycznie będzie dobrze. :)



     W głębi duszy wzbraniałam się przed nazywaniem moich uczuć miłością, jednak od ostatniego dnia października za każdym razem, gdy widziałam księdza Macieja, moje serce zaczynało bić mocniej, a oddech przyspieszał. Nie potrafiłam tego kontrolować, mimo że czasem naprawdę tego chciałam. Nie pomagał mi fakt, że widywałam się go przynajmniej dwa razy w tygodniu – na spotkaniach oazy oraz na mszach niedzielnych. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia moje uczucia stały się dla mnie szczególnie kłopotliwe, chociaż jednocześnie ten czas dał mi szansę na „spełnienie”.
     Na jednym ze spotkań przygotowujących do bierzmowania Aga poruszyła temat miłości.
     – Czym tak właściwie jest dla was miłość? – zapytała.
     Czy wiedziałam, czym jest dla mnie miłość? Kiedyś odpowiedziałabym, że to uczucie, które uskrzydla, pozwala mężczyźnie i kobiecie stać się jednością. Przez ostatnie półtora miesiąca była jednak czymś przytłaczającym, czego chciałam się wyprzeć, ale nie potrafiłam.
     W ciszy wysłuchałam odpowiedzi innych osób z grupy, a potem – krótkiego wykładu Agi o umacnianiu miłości do Boga oraz zamierzaniu mu uczuć łączących nas z innymi ludźmi. Nawet nie zdałam sobie sprawy, kiedy moja ręka wystrzeliła w górę.
     – Tak, Noemi? – oddała mi głos animatorka.
     – Czy miłość może być grzechem? – zapytałam.
     Poczułam, jak wszyscy spoglądają na mnie, jednak nie rozejrzałam się. Wpatrywałam się tylko wyzywająco w Agę, czekając na jej odpowiedź.
     – Nie – odpowiedziała w końcu. – Miłość nigdy nie jest grzechem. Grzechem może być kierunek, w którym ją prowadzimy. Jeśli kochasz kogoś, ale dla dobra jednego lub obojga z was zatrzymujesz swoje uczucia dla siebie, jest to w porządku. Dopiero kiedy kochasz kogoś, z kim nie możesz być i jesteś tego świadoma, ale dążysz do pogłębienia waszej znajomości, zaczynasz grzeszyć. Rozumiesz?
     Skinęłam głową na potwierdzenie. W ciągu minionych kilku tygodni dwu- lub trzykrotnie wpadł mi do głowy „szalony” pomysł, by wyznać swoje uczucia, jednak szybko go odsuwałam. Słowa Agnieszki utwierdziły mnie w tym, że postępowałam dobrze.
     Kiedy spotkanie już się zakończyło, jako pierwsza ubrałam kurtkę i zarzuciłam torebkę na ramię. Chociaż nie miałam pewności, że je zada, chciałam uniknąć pytań animatorki związanych z poruszonym przeze mnie tematem. Już chciałam kierować się ku wyjściu, gdy drzwi do salki otwarły się i do środka wszedł ksiądz Maciej.
     – Już skończyliście? – zwrócił się do Agi, która skinęła głową w odpowiedzi. Zrobił kilka kroków do przodu, mówiąc: – To dobrze, mam do ciebie sprawę. – Gdy mówił, próbowałam przemknąć się niezauważenie za jego plecami i wyjść, jednak ksiądz zauważył mnie i powiedział: – Zaczekaj, Noemi, z tobą też chcę porozmawiać.
     – Ale ja się spieszę! – powiedziałam odrobinę zbyt drżącym głosem.
     – Dwie minutki, naprawdę.
     Nie potrafiłam dłużej się kłócić. Westchnęłam tylko i odsunęłam się od drzwi, by zrobić przejście innym. Ksiądz wyraźnie czekał, aż w salce zostanie tylko on, ja i Agnieszka. Gdy tak się stało, powiedział:
     – Chciałbym, żebyście pomogły mi w organizacji czuwania przed tegoroczną pasterką. Święta coraz bliżej, trzeba powoli nad tym myśleć. Jak czuwania wyglądała tu w poprzednich latach?
     – Głównie to były montaże słowno-muzyczne. Wie ksiądz, na zmianę czytaliśmy fragmenty Biblii albo jakichś refleksyjnych tekstów i śpiewaliśmy.
     – A jak podobało się to parafianom?
     – Kościół nigdy nie był pusty na takich czuwaniach, ale myślę, że część ludzi przychodziła głównie po to, żeby zająć sobie miejsce wcześniej – stwierdziłam. – Przynajmniej moja rodzina tak robi.
     – Tak właśnie myślałem... – powiedział ze zmartwieniem. – Cóż, nie będę was długo zatrzymywać, chciałbym tylko, żebyście na jutrzejsze spotkanie oazy przyszły z jakimiś pomysłami. Dobrze?
     – Dobrze – odpowiedziała Aga.
     Pożegnałam się, rzuciłam księdzu Maciejowi ostatnie, może odrobinę zbyt przeciągłe, spojrzenie, po czym – by uwiarygodnić swoje wcześniejsze zapewnienie o pośpiechu – wybiegłam z salki.
     W nocy długo nie mogłam zasnąć. Czuwanie przed pasterką nie dawało mi spokoju, jednak nie dlatego, że brakowało mi pomysłów na jego realizację – kilka wpadło mi do głowy jeszcze w drodze do domu. Widziałam w nim szansę na spędzenie większej ilości czasu w towarzystwie księdza. Zapewne będę musiała podejść kilka razy do kościoła na próby, zwłaszcza że zostało niewiele czasu – trochę ponad tydzień. Oznaczało to kilka spotkań z księdzem, tak bardzo wyczekiwanych przeze mnie w ostatnim czasie.
     Następnego dnia dotarłam na spotkanie oazy jako jedna z pierwszych. Aga i kilka innych członkiń już czekały w salce, jednak do rozpoczęcia zostało jeszcze trochę czasu. Ze zniecierpliwieniem wierciłam się na swoim krześle. Uspokoiłam się trochę, gdy ksiądz Maciej wszedł do salki. Gdy spotkanie się rozpoczęło, ksiądz pokrótce opowiedział o planach przygotowania czuwania i zapytał, czy ktoś ma już jakieś pomysły. Natychmiast uniosłam rękę.
     – Tak, Noemi?
     – Pomyślałam o krótkim przedstawieniu. Mogłoby opowiadać historię jednej osoby albo kilku ludzi, którzy zapomnieli o tym, co jest najważniejsze w świętach, ale na skutek jakiegoś wydarzenia powrócili na właściwą drogę.
     – I to jest bardzo dobry pomysł! – stwierdziła Aga, a ksiądz potaknął entuzjastycznie.
     Niemalże całe spotkanie upłynęło nam na omawianiu szczegółów czuwania. Aktywnie brałam udział w dyskusji – aprobata ze strony zarówno wikariusza, jak i animatorki, dodała mi otuchy. Skończyło się to tym, że dostałam główną rolę w przedstawieniu: miałam wcielić się w postać młodej żebraczki, która swoją postawą przypomina innym o istocie świąt Bożego Narodzenia. Chociaż na co dzień nie lubiłam występować przed większą publicznością, nie chciałam zawieść nikogo z oazy, więc zgodziłam się prawie że bez wahania, tym bardziej, że spodobał mi się pomysł na wykreowanie głównej bohaterki.
     Spotkanie miało się ku końcowi, ustaliliśmy terminy prób, po czym wszyscy zaczęli rozchodzić się do domów. Ksiądz Maciej zatrzymał mnie na chwilę w salce. Kiedy zostaliśmy sami, powiedział:
     – Zaimponowałaś mi dzisiaj, wiesz?
     Na początku wzięłam to za ironię, przez co powiedziałam:
     – Niech ksiądz nie żartuje.
     – Ale ja mówię poważnie. Miałaś naprawdę dobry pomysł na czuwanie. Poza tym doceniam fakt, że przyjęłaś zagranie głównej postaci. Poznałem cię trochę i wiem, że to dla ciebie wyzwanie. Jesteś bardzo pomocna, naprawdę.
     Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi. Uśmiechnęłam się delikatnie i odpowiedziałam:
     – Dziękuję.
     Również uśmiechnął się, po czym pozwolił mi iść. Miałam ochotę jeszcze chwilę zostać w salce, napawać się obecnością księdza, jednak nie pozwolił mi na to pewien instynkt. Najspokojniej jak potrafiłam, wyszłam z salki i opuściłam teren kościoła. W drodze do domu nie mogłam przestać myśleć o mojej rozmowie z księdzem Maciejem. Dla niego pewnie nic nie znaczyła, jednak dla mnie była powodem do bujania w obłokach przez cały dzień.
     Przez cały tydzień wszyscy zaangażowani w przedstawienie – członkinie oazy oraz ministranci – intensywnie trenowali. Po takim przygotowaniu nie było niczego, co mogłoby się nie udać, i faktycznie – gdy nadeszła Wigilia i czuwanie przed pasterką, wszystko poszło tak, jak chcieliśmy. Po zakończeniu czuwania otrzymaliśmy kilkuminutowe oklaski. Po tym, jak ksiądz Maciej otwarcie przyznał, że to ja byłam pomysłodawczynią czuwania, otrzymałam dodatkową owację. Byłam z siebie niesamowicie dumna.
     Po czuwaniu mieliśmy chwilę, by przebrać się we własne ubrania i znaleźć sobie jakieś miejsce w kościele. W zamieszaniu ksiądz Maciej chodził pomiędzy nami i składał nam życzenia świąteczne. Do mnie podszedł na samym końcu. Uśmiechnęłam się do niego, nie spodziewając się tego, co zrobi. Z zaskoczenia objął mnie i przytulił mocno.
     – Jeszcze raz dziękuję za pomoc – wyszeptał mi na ucho. – I wesołych świąt.
     – Wesołych świąt... – wykrztusiłam.
     „To tylko przyjacielski gest, pamiętaj!”, pomyślałam sobie. „To tylko przyjacielski gest...”.